Get your own Box.net widget and share anywhere!
Blog Marka Michałowskiego
czwartek, 02 kwietnia 2009
Przeniosłem się :)

http://maro-kawazprdem.blogspot.com/

17:11, moi_clienci
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 lutego 2009
Prawda o kryzysie złotego


Około 2,5 roku temu funt dobijał do 7 złotych a euro do 4,8 złotego. Jeden rekin lub pewniej dwóch, trzech postanowiły zagrać z Polską w pokera. Wynik gry jest z góry przesądzony, bo rekiny dysponują miliardami, a nasze rezerwy są znacznie mniejsze. Jak przy stole jest trzech, współpracujących i mają kasę, a naprzeciw siedzi biedniejszy, samotny zawodnik, to... Rekiny wymieniają np. 10 mld euro na złotówki i mają ok. 40 mld złotych. Idą z tym na giełdę i grają praktycznie między sobą, nieustannie podbijając piłeczkę.

 

Do gry włączają się setki małych rybek, zawsze krążących wokół rekinów gdy te idą na żer (zawsze coś skapnie z pańskiego stołu), skutecznie zaciemniając atak rekinów. Polscy ciułacze i miliony rencistów (poprzez fundusze emerytalne) widzą jak tamci zarabiają i postanawiają włączyć się do gry. Chętnych jest tak wielu, że zlecając kupno 1000 akcji dostają 10 (redukcja zlecenia, bo rekiny upłynniają tylko kilka procent akcji), a akcje rosną o 200 procent.

 

Banki będące własnością rekinów lub z nimi współpracujące (a z kim mają współpracować, z emerytem?) chętnie pożyczają 7 zł na akcję, którą rekiny wcześniej kupiły za 3 zł, a giełda „napompowała” do prawie 10 zł. Ale pożyczą pod warunkiem, iż dołożysz swoje 3 zł i kupisz od rekina, bo tylko on sprzedaje. Rekiny sprzedają akcje i mają 100 mld złotych. Ciułacze i emeryci zostają z akcjami, których już nikt nie chce kupić. Giełda się wali.

 

Równolegle ciułacze pozbywają się walut, bo giełda i fundusze pozwalały zarobić dużo więcej, w rezultacie czego dolar spada do 2 zł. By zniechęcić ciułaczy do kupna taniej waluty, banki irracjonalnie podnoszą oprocentowanie do 10 procent (na chwilę, by rekiny mogły skupić tanie waluty). Wielcy finansiści (JP Morgan) „prognozują”, iż euro będzie kosztować 3 złote i zachęcają tych wszystkich, którzy jeszcze nie stracili na giełdzie do „opcji walutowych”, czyli gdy euro spadnie poniżej 3,5 złotych, to dopłacimy wam różnicę (a spadnie, bo najlepsi finansiści świata również są tego zdania), a jak wzrośnie, to zapłacicie nam podwójną różnicę. W ten sposób miliardy złotych złapały się na lep.

 

Za swoje 100 mld złotych (te z giełdy) rekiny kupują 50 mld dolarów lub prawie 30 mld euro. Waluty zaczyna brakować (jest wykupiona), więc ceny rosną, dolar kosztuje prawie 4 złote, a euro prawie 5 złotych. Firmy straciły, więc traci też budżet, barak mu pieniędzy i musi pożyczyć, ale nie ma od kogo. Znalazł się jednak chętny pożyczkodawca! Rekiny sprzedadzą swoje dolary (połowę) za 100 mld złotych i część tych pieniędzy chętnie pożyczą budżetowi (tak naprawdę są to nasze własne pieniądze), ale pod warunkiem, iż za resztę kasy będą mogły coś kupić, np. nasze zakłady energetyczne, które już są wystawione na sprzedaż.

 

Zawsze będą nas w ten sposób doić. To nie jest teoria spiskowa. To już jest historia.

 

czwartek, 05 lutego 2009
Czyli out

Oto co Bogdan Rymanowski, dziennikarz 2008 roku, powiedział o swoim wywiadzie z ostatnim szefem komunistycznej bezpieki Czesławem Kiszczakiem, przerwanym gwałtownie przez generała po tym, jak Rymanowski spytał go o śmierć dwóch duchownych, ks. Niedzielaka i ks. Suchowolca, prawdopodobnie zamordowanych przez SB: "Od początku reakcja była negatywna, ale ja musiałem ponawiać pytanie. To był mój obowiązek jako dziennikarza. Moją rolą nie jest i nigdy nie było spełnianie oczekiwań rozmówcy ani dbanie o jego zadowolenie. Chodzi o dotarcie do prawdy na temat tych zabójstw i to było dla mnie najważniejsze".

No cóż, jak najdalszy jestem od bronienia Kiszczaka, ale mam duże wątpliwości, czy obowiązkiem dziennikarza jest dotarcie do prawdy za wszelką cenę. Owszem, trzeba ją ujawniać, ale wspólnie ze swoimi rozmówcami, a nie przeciwko nim. Dziennikarstwo spsiało już dawno, ale wciąż nie akceptuję tego. Uważam, że ludziom, od których dziennikarze próbują się czegoś dowiedzieć, należy się minimum szacunku, czego przejawem bez wątpienia byłoby zadbanie o dobre samopoczucie rozmówcy. Sądzę, że zasady kindersztuby powinny przede wszystkim dotyczyć dziennikarzy, a w szczególności telewizyjnych, których oglądają miliony.

Patrzy taki ktoś na Rymanowskiego, Lisa lub Olejnik i widzi jak zamiast być stanowczymi wobec swoich rozmówców, ale w uprzejmy sposób, bez pardonu próbują oni zmusić swoich gości do powiedzenia czegoś, czego oni powiedzieć nie chcą. "Czyli co?" - pyta zazwyczaj Rymanowski swoich rozmówców, wiercąc im dziurę w brzuchu, nie szanując ich woli, by o pewnych drażliwych sprawach nie mówić wprost. Przecież rozmowa kulturalnych ludzi nie powinna polegać na tym, by zmuszać kogoś do czegokolwiek. W tym co robi Rymanowski i inni nie chodzi o żadne docieranie do prawdy. Tu chodzi o osiągnięcie medialnego efektu, ale w sensie efektowności, a nie efektywności. Chodzi o podpuszczenie rozmówcy, by coś palnął i potem tego żałował, czyli zrobienie z niego idioty.

Wiecie dlaczego tak efektowny i atrakcyjny dla mediów jest Palikot? Bo mówi do kamer rzeczy, których dobrze wychowany człowiek by nie powiedział. Podobnie zachowywał się kiedyś Lepper. Rymanowskiemu i jemu podobnym najbardziej by się podobało, gdyby jakiś polski polityk, dyplomata, albo ekspert zapytany przez niego: "Czyli co? Skoro Rosjanie zakręcili nam kurek z gazem, to jak nazwać to, co zrobili?" odparł publicznie: "Powiedzmy panie redaktorze szczerze, że Putin to ch...". Jeśli gwiazdom polskiego dziennikarstwa zależy właśnie na tym, to ja nie chcę mieć z nimi nic wspólnego. Czyli robię out.
wtorek, 03 lutego 2009
Kij bez marchewki

Ktoś może być nieudacznikiem, ale równie dobrze może nim nie być, tylko komuś może zależeć, by tak o sobie myślał i w tym celu co chwila będzie mu pokazywał, że coś źle robi. Ten kij jest po to, by nie myśleć o marchewce.
23:20, moi_clienci , Warto być
Link Komentarze (1) »
wtorek, 13 stycznia 2009
Frajerzy

Miało być tak: Jeśli samotny emeryt umrze, zgromadzone przez niego składki emerytalne mieli odziedziczyć jego spadkobiercy. W przypadku emerytury małżeńskiej żyjący małżonek nadal korzystałby z kapitału zgromadzonego wspólnie ze zmarłym partnerem.

Zgodnie z rządowym projektem ustawy o emeryturach kapitałowych ma być tak: Jeśli emeryt umrze dzień po przejściu na emeryturę, jego rodzina nie dostanie ani grosza. Setki tysięcy złotych zamiast trafić jako spadek do najbliższych zmarłego, zasili kasę zakładu emerytalnego. Małżeńskich emerytur ma nie być w ogóle. Jeśli emeryt umrze w ciągu pięciu lat po przejściu na emeryturę, to do końca tych pięciu lat świadczenie dostawałaby wskazana przez niego osoba. Reszta pieniędzy przepada, tzn. pozostanie w kasie ubezpieczyciela.

I co wy na to rodacy? Nadal uważacie, że macie świetny rząd? Nie widzicie, że jesteście ograbiani w biały dzień? Właśnie tej perfidnej grabieży sprzeciwił się dziś prezydent wetując fatalną ustawę. To weto to okazja do dyskusji o reformie emerytalnej jaką w ciszy rządowych i sejmowych gabinetów próbuje przeforsować koalicja Platformy Obywatelskiej i PSL. Może się wreszcie obudzicie. Może nie pozwolicie rządowi robić z siebie wała. Problem w tym, że sami wybraliście władzę, która w majestacie prawa próbuje was oszwabić.
Teraz jedyne co możecie zrobić to wyjść na ulice, frajerzy jedni, bo PO-PSL wespół z SLD pewnie prezydenckie weto odrzuci... Możecie jeszcze uwierzyć premierowi, który oczywiście cynicznie zapewnia, że zawetowana "ustawa ma ułatwić życie przyszłym emerytom, a nie utrudnić". Szkoda mi was. Jesteście żałośni.
Noworoczne postanowienie

Pierwszorzędny człowiek o chorobliwych skłonnościach do zachowywania się jak człowiek drugorzędny – tak powiedział ktoś przed wielu laty o Humphreyu Bogarcie. Od pewnego czasu spotykam się towarzysko (brydż, wspólne piwo albo spacer) z kilkoma osobami, wśród których jest taki ktoś jak Bogart – pierwszorzędny inaczej. Po takich spotkaniach zamiast czuć się zrelaksowany, wyluzowany, wypoczęty wracałem do domu wyczerpany nie zdając sobie do końca sprawy z przyczyny owego zmęczenia. Nie jest to na pewno nadmiar wypitego alkoholu czy wypalonych cygar, bo staram się z tym nie przesadzać, ani słaba kondycja, bo jak dotąd Bozia zdrówko daje.
O tym, co to jest przekonałem się po ostatnim brydżu, gdy uświadomiłem sobie, że jestem wyczerpany psychicznie. Powodem mojego dyskomfortu był jegomość, który cały czas głośno tokował, zazwyczaj pieprząc bez sensu i – co było najbardziej irytujące - przypominając reszcie grających, iż to on jest najbardziej genialnym brydżystą. W sytuacjach kiedy nie gramy w karty ten ktoś oczywiście próbuje przekonać innych, że to on najlepiej zna się na muzyce, polityce i ludziach, zachowując się przy tym często wobec innych osób właśnie jak człowiek drugorzędny.
Podobne wrażenia mam gdy słucham i oglądam polskich polityków. Im też się zdaje, że zjedli wszystkie rozumy i że zwykli obywatele III RP powinni podziwiać ich niezwykłość. Zwłaszcza ci, którzy rządzą i wciąż są obecni w mediach myślą pewnie o sobie, że są ludźmi pierwszorzędnymi. O tym, że takimi nie są przekonałem się dość dawno temu i by uniknąć stresu przestałem się nimi interesować. Zrezygnowałem z oglądania i słuchania serwisów informacyjnych swoją penetrację świata ograniczając do internetu.

Wczoraj postanowiłem zrezygnować z gry w brydża w towarzystwie ludzi drugorzędnych. Lepiej w tym czasie pobyć z kimś, kto będzie umiał mnie wysłuchać a jak sam coś powie, to zrobi to z sensem i taktem. Lepiej spędzać czas z pierwszorzędnymi ludźmi. To moje noworoczne postanowienie. Lekko spóźnione, ale mocne.
17:50, moi_clienci , Warto być
Link Komentarze (2) »
środa, 17 grudnia 2008
Europoziom

Prezydent Francji Nicolas Sarkozy oraz szef Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso ostro skrytykowali we wtorek w Parlamencie Europejskim prezydenta Czech Vaclava Klausa m.in. za porównania UE do ZSRR i niechęć do unijnej flagi. Czeski prezydent jest solą w oku unijnego establishmentu, bo ma odwagę mówić głośno co mu się w pomysłach eurokratów nie podoba. Pewnie dlatego podczas niedawnej wizyty na Hradczanach delegaci Parlamentu Europejskiego nie kryli swojej wrogości wobec gospodarza.

Daniel Cohn-Bendit, szef frakcji Zielonych w PE, był wyjątkowo nieuprzejmy wobec Klausa. Powiedział między innymi: „Pana pogląd na Traktat Lizboński mnie nie interesuje, chcę wiedzieć, co Pan zrobi, aby zatwierdził go czeski sejm i senat. Będzie Pan respektował demokratyczną wolę przedstawicieli narodu? Będzie Pan musiał to podpisać. Co więcej, chcę, aby Pan mi wyjaśnił, jaki jest poziom Pana przyjaźni w panem Declan Ganleyem (finansował w Irlandii kampanię przeciwko przyjęciu Traktatu Lizbońskiego – przyp. MM). Jak może Pan się spotykać z człowiekiem, co do którego nie jest jasne, kto go opłaca? Będąc na swoim stanowisku, nie może się Pan z nim spotykać”.

Równie nietaktowny był Brian Crowley, irlandzki eurodeputowany, który stwierdził: Mój ojciec walczył całe życie o niepodległość przeciw brytyjskiej dominacji. Wielu moich krewnych straciło z tego powodu życie. Mogę sobie zatem pozwolić, żeby powiedzieć, że Irlandczycy chcą Traktatu Lizbońskiego. Przez fakt, że po przyjeździe do Irlandii spotkał się Pan z Ganleyem dopuścił się Pan obrazy irlandzkiego narodu”.

Co byście zrobili na miejscu prezydenta Czech? Ja, gdyby zaproszeni przeze mnie goście zachowali się w tak arogancji sposób, wywaliłbym ich ze swojego domu na zbity pysk. Klaus - z uwagi na pełniony urząd - nie mógł tego zrobić. Oświadczył jedynie: „Muszę powiedzieć, że tym tonem nikt jeszcze ze mną tutaj nie mówił przez 6 lat mojej prezydentury.  Sądziłem, że taki styl komunikacji wobec nas skończył się 19 lat temu (razem z upadkiem komunizmu - przyp. Fronda.pl). A potem dodał: „Jeśli chodzi o Traktat Lizboński, chciałbym przypomnieć, że nie jest on jeszcze ratyfikowany nawet w Niemczech. Traktat konstytucyjny, za który uważany jest Lizboński, w referendum odrzucony został wolą dwóch innych krajów. Jeżeli pan Crowley mówi o zniewadze irlandzkich wyborców, to muszę z kolei przypomnieć, że największą zniewagą wobec irlandzkiego elektoratu jest nie respektowanie tego, co zostało przegłosowane w czerwcowym referendum ws. Traktatu Lizbońskiego. Ja spotkałem się w Irlandii z kimś, za kim stoi zdanie większości w kraju, a Pan, panie Crowley, jest rzecznikiem poglądów, które w Irlandii są mniejszościowe. To jest namacalny wynik referendum”.

Wściekły Crowley odparł na to: „Pan nie będzie mi mówił, jakie poglądy mają Irlandczycy. Jako Irlandczyk wiem to najlepiej”. Klaus ripostował: Ja nie spekuluję o poglądach Irlandczyków. Ja tylko stwierdzam jakie są wymierne dane o ich stanowisku, wynikające z referendum”. Odnośnie Traktatu Lizbońskiego dodał: „Na dzień dzisiejszy nie mogę podpisać traktatu, bo nie leży na moim stole.  Najpierw musi o tym zdecydować parlament. Dopiero wtedy ja będę się tą sprawą zajmował”.

W sukurs Crowleyowi pośpieszył szef frakcji socjaldemokratów w PE Martin Schulz: „Z tego, co Pan mówił rozumiem, że irlandzkie ‘nie’ dla Traktatu, trzeba respektować. Co jednak z szacunkiem wobec głosów wyborców w Hiszpanii, w Luksemburgu, którzy znaczną większością głosów powiedzieli Traktatowi Lizbońskiemu ‘tak’?” Czeski prezydent znów był precyzyjny do bólu: „W UE jeszcze obowiązuje zasada jednomyślności, więc trzeba ją respektować. Unia może funkcjonować tylko wtedy, o ile respektowane są jej własne reguły i zasady”.

Na koniec brakiem taktu wykazał się przewodniczący Parlamentu Europejskiego Hans-Gert Poettering, mówiąc: „Wreszcie chciałbym coś powiedzieć i opuścić ten pokój na dobre. To, żeby Pan nas porównywał do Związku Sowieckiego, jest więcej niż niedopuszczalne”. Klaus odparł rzeczowo: „Ja nie porównywałem Was ze Związkiem Sowieckim, słów ‘Związek Sowiecki’ nie wypowiedziałem. Powiedziałem natomiast, że takiej atmosfery i stylu negocjacji jak dziś nie doświadczyłem doprawdy przez minionych 19 lat w Republice Czeskiej. Dziękuję Panom za możliwość spotkania z Wami, jako posłami PE. Jest to doświadczenie odmienne od tych, które mam ze spotkań z prezydentami i premierami krajów członkowskich UE”.

Zapis tej debaty, w szczególności poziom jaki zaprezentowali europarlamentarzyści podczas spotkania na Hradczanach pozostawiam bez komentarza.

niedziela, 14 grudnia 2008
Żenada


W krótkiej informacji zamieszczonej w Wirtualnej Polsce o występie Adama Kokoszki w barwach lidera włoskiej Serie B autor dwukrotnie pisze, że klub Polaka nazywa się Emploi, choć powinno być Empoli. A popis dał w dwóch ostatnich zdaniach: „Przypomnijmy, że Kokoszka odszedł z krakowskiej Wisły w niesławie. Młody piłkarz opuścił Białą Gwiazdę na prawie Webstera”. Jak mógł odejść w niesławie, skoro skorzystał z obowiązującego prawa? Na dodatek „opuścił na prawie”... Co to za język? Kogo oni tam zatrudniają? Analfabetów? Żenada.

piątek, 12 grudnia 2008
Mistrz

Bokserskim mistrzem można zostać przez przypadek, jak James „Buster” Douglas, który 2 listopada 1990 roku znokautował samego Mike’a Tysona. Nowy mistrz szybko stracił tytuł i świat dawno by o nim zapomniał, gdyby nie owo niespodziewane zwycięstwo nad „Bestią”.


Prawdziwymi mistrzami są ci, którzy nie pozwalają o sobie zapomnieć, którzy potrafią powtórzyć swój sukces, kolejny raz zdobyć tytuł najlepszego, zwłaszcza w sytuacji gdy ten tytuł wcześniej utracili. Właśnie do grona takich niezłomnych wojowników dobija się Tomasz Adamek, który po raz trzeci w karierze wywalczył pas mistrza świata (tym razem IBF wagi juniorciężkiej), zwyciężając dziś w nocy w Newark broniącego tytułu Amerykanina Steve’a Cunninghama.


Imponuje mi ten twardziel z Gilowic. Tak jak wcześniej judocy Waldemar Legień i Paweł Nastula, skoczek Adam Małysz, czy pływaczka Otylia Jędrzejczak, którzy wiele razy wspinali się na szczyt sportowej kariery. Gdy ktoś zostaje mistrzem kolejny raz, to zapewniam iż nie dzieje się tak przez przypadek, dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności. Powtórzyć sukces potrafią tylko najwybitniejsi sportowcy. Adamek jest wyjątkowy. Nie mam co do tego wątpliwości.
poniedziałek, 08 grudnia 2008
Pewność

„Nie jestem mądra, bo wiem i czuję zbyt dużo, by wiedzieć cokolwiek na pewno” – napisała. Jest zakłopotany. Żyje na tym świecie ponad pół wieku, mógłby być jej ojcem, ale to ona sformułowała i wypowiedziała tę myśl, nie on. Ona wie i czuje więcej. Jest mądrzejsza od innych. To ją przeraża. Dlatego będzie jej powtarzał, że ją kocha. Chce by tego była pewna. Choć tego jednego.

18:37, moi_clienci , Warto być
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3